stats

My, klienci

Jak publiczna ochrona zdrowia zamieniła obywateli w petentów, a odpowiedzialność w dokumentację

Fotografia wielkiego betonowego szpitala z niebieskim napisem SZPITAL na tle zamglonej, smogowej panoramy miasta z dymiącymi kominami

Problemem publicznej ochrony zdrowia nie jest wyłącznie niedofinansowanie, zły nadzór albo brak kolejnej kontroli. Problemem jest model, w którym społeczeństwo płaci, lekarz i placówka występują coraz częściej jako podmioty rynkowe, a pacjent zostaje w roli petenta, który może co najwyżej napisać skargę. Zanim jednak wskażemy winnych, warto zobaczyć rzecz mniej efektowną: ten system jest ślepy – nie sumuje tego, komu i za co płaci, więc sam nie odróżnia uczciwości od pozoru. Może warto więc go zdemokratyzować?

Jest 7 lipca 2026 roku. Polska ma już za sobą kilka zmian politycznej dekoracji: socjalną prawicę Prawa i Sprawiedliwości, liberalne centrum skupione wokół Koalicji Obywatelskiej, koalicyjne kompromisy, rekonstrukcje, obietnice i kolejne próby naprawy systemu. A publiczna ochrona zdrowia nadal wygląda jak miejsce, w którym wszyscy mówią o procedurach, ale mało kto potrafi wskazać człowieka odpowiedzialnego za skutek. Taki stan demoralizuje po obu stronach biurka: i część lekarzy, i ich klientów – w źle zaprojektowanym układzie tracą zarówno jedni, jak i drudzy.

Piszę „klientów” świadomie, bo słowo „pacjent” zostało w tym systemie naznaczone bezradnością. Pacjent czeka. Pacjent prosi. Pacjent nie rozumie, bo nie ma kompetencji. Wyjdzie i zamknie drzwi za sobą.

Pacjent może złożyć skargę, którą ktoś rozpatrzy, kiedy będzie miał czas, o ile nie będzie akurat na dyżurze, w komisji, na kontrakcie, w radzie, w telewizji, w drugim szpitalu albo w trzeciej spółce. Klient jest inną figurą – on płaci i może powiedzieć: „dziękuję, z panią lub panem już nie chcemy współpracować”.

W publicznym systemie ochrony zdrowia klientem nie jest jednak tylko jedna osoba, lecz wspólnota płacąca składki, a dokładniej: podatek, składkę zdrowotną, dopłaty prywatne, czas, nerwy, kolejki, a czasem własne życie. NFZ nie jest w tym obrazie dobroczyńcą, ale przedstawicielem klientów, czyli nas.

W ciągu trzech tygodni zobaczyliśmy serię przypadków, które działają jak zimny prysznic. Nie dlatego, że dowodzą, iż „wszyscy lekarze są źli”. To byłoby głupie uogólnienie. Zobaczyliśmy coś ważniejszego: układ, w którym kombinacja prywatnych form działania, publicznych płatników, rozmytej odpowiedzialności i asymetrii władzy razem tworzą niszę dla poważnych nadużyć.

Nie trzeba nawet zakładać złej woli u każdego uczestnika. Wystarczy źle zaprojektowany mechanizm, a zdemoralizowane jednostki rządzone niskimi instynktami same się w nim zadomowią i będą używać go do własnych celów, mrucząc pod nosem: „jak jest krowa, to trzeba ją doić”.

Objawy

Zacznijmy od faktów i zarzutów – nie po to, żeby urządzać festiwal oburzenia, lecz żeby zobaczyć w nich jeden powtarzalny wzór: system, który nie widzi, płaci za to, czego nie sprawdził.

Nierealne godziny

Zaczęło się od sprawy Szpitala Południowego. Media opisały lekarza-polityka, który w 2025 roku miał zarobić około 1,6 mln zł, a w samej placówce wykazać 3976 godzin pracy, czyli średnio 331 godzin miesięcznie. Serwis Zero.pl opisywał grafiki, wystąpienia publiczne i sytuacje, w których ów lekarz miał według dokumentów dyżurować, choć powinien znajdować się gdzie indziej. Szpital sprawdził liczbę godzin, lekarz został zwolniony, a sprawą zajęły się organy państwa i samorządu lekarskiego. To nadal sprawa w toku, ale jako sygnał systemowy jest czytelna: dokumentacja potrafi udawać rzeczywistość.

Bilokacje

W podobnym czasie coraz częściej dało się słyszeć słowo „bilokacja”. Wiceminister zdrowia zapowiedział, że państwo chce mieć dane o rzeczywistej obecności personelu medycznego w konkretnym miejscu pracy, żeby ograniczyć nakładanie się godzin i pracę w kilku miejscach jednocześnie. Termedia ujęła to celnym tytułem: „Koniec bilokacji lekarzy”. Sęk w tym, że jeżeli w roku 2026 państwo dopiero buduje możliwość sprawdzenia, czy człowiek był tam, gdzie powinien realizować usługę, to nie mówimy o subtelnym problemie regulacyjnym, ale o braku elementarnego licznika na granicy publicznych pieniędzy.

Spółka neurochirurgów

Równolegle Wirtualna Polska opisała sprawę neurochirurgów i spółki Spine w szpitalach w Mogilnie i Miastku. Według ustaleń dziennikarskich lekarze mieli otrzymywać 65 proc. tego, co za zabieg płacił NFZ, wykonywać w soboty serie krótkich zabiegów, a w dokumentacji sprawozdawać droższe procedury. Pojawiły się liczby na poziomie 26 tys. zł za godzinę i ponad 300 tys. zł dniówki, kara NFZ dla szpitala w Mogilnie (przekraczająca 2,6 mln zł) oraz wątek badany przez CBA i prokuraturę. Konsultant wojewódzki miał wskazywać na dokumentację, która wyglądała jak taśma produkcyjna.

Nielegalny cennik i bezczeszczenie

Do tego wszystkiego doszły doniesienia o prosektorium Szpitala Południowego. Onet opisał nielegalny „cennik” za wydanie ciała, przygotowanie zwłok, balsamację i kierowanie rodzin do konkretnych zakładów pogrzebowych. Według ustaleń opartych na relacjach osób z branży pogrzebowej, w prosektorium Szpitala Południowego miało dojść nawet do oddania moczu na zwłoki. Wątek ten trafił później do czynności sprawdzających prokuratury.

Kronika24 przytoczyła z kolei komunikat prokuratury o czynnościach sprawdzających dotyczących przyjmowania nienależnych opłat i korzyści za skierowanie do zakładu pogrzebowego.

Trudno o bardziej dosłowną metaforę systemu, który potrafi zamienić bezradność człowieka w końcówce życia – i bezradność jego rodziny po śmierci – w punkt poboru opłat.

Papierowa obsada

Serwis abcZdrowie Wirtualnej Polski opisał zarzuty dotyczące toruńskiego SOR-u: luki w grafikach miały być łatane lekarzami z innych oddziałów, którzy formalnie pełnili obowiązki gdzie indziej, a sygnaliści mieli być zastraszani. Dyrekcja odpiera zarzuty, więc znów nie chodzi o wydawanie wyroku na podstawie artykułu, lecz o uchwycenie modelu błędu: papierowa obsada może wyglądać lepiej niż realne bezpieczeństwo pacjenta.

Choroba pasożytnicza

Symptomatycznym ukoronowaniem opisanych wyżej incydentów jest kwestia niemal znormalizowanego w świadomości społecznej pasożytowania prywatnych podmiotów na publicznym systemie: kolejki, skierowania, przyjęcia poza kolejnością, kary za listy oczekujących. Rzeczpospolita opisywała karę prawie 300 tys. zł nałożoną na UCK WUM i zarzuty, że pacjenci ze skierowaniami z prywatnego gabinetu jednego z lekarzy mieli być przyjmowani znacznie szybciej niż osoby z przyszpitalnej poradni. Sama kontrola NFZ nie potwierdziła wszystkich zarzutów, ale wykazała nieprawidłowości w listach oczekujących.

To wszystko to mapa objawów jednej choroby: systemu, który nie widzi, komu i za co płaci.

Pieniądze rosną, zaufanie nie

Serwis zarobkilekarzy.pl zebrał w ostatnich dniach to, co w tej debacie najważniejsze: luka nie polega na tym, że ktoś nie zna stawki godzinowej w jednej umowie, lecz na tym, że publiczny system nie sumował wynagrodzeń po osobie, po numerze prawa wykonywania zawodu, po realnym beneficjencie strumienia pieniędzy. Według zestawienia serwisu około 73 proc. specjalistów pracuje na kontraktach B2B, a publikowane mediany dotyczą pojedynczych umów, a nie łącznego dochodu jednego lekarza z wielu placówek.

W praktyce oznacza to, że ta sama osoba może mieć w różnych miejscach przychód z różnych źródeł (np. osobno z umowy, osobno z dyżurów, osobno z poradni), który dopiero po zsumowaniu zmienia obraz całości. Statystyka pojedynczych umów może więc opisywać poprawne liczby, a jednocześnie zaniżać obraz realnych przepływów do jednej osoby.

To nie jest drobiazg księgowy, ale błąd modelu danych – źródłowa ślepota, z której wyrasta wiele innych objawów. Jeżeli system finansowany publicznie nie zna sumy publicznych wypłat do osoby działającej w tym systemie, to nie ma narzędzia do odróżniania uczciwie wysokich zarobków od konstrukcji rozproszonej po wielu umowach. Jeżeli ten sam system nie widzi czasu pracy każdej osoby, nie widzi też jej zmęczenia, przeciążenia i fikcyjnej obecności. Dalej – jeżeli nie widzi konfliktów interesów, to nie widzi, kiedy prywatny gabinet zaczyna sterować ciśnieniem w publicznych wodociągach.

To ważna analogia. Gdy ktoś mówi, że problem prywatnych wizyt zniknie, jeżeli NFZ kupi wystarczająco dużo świadczeń, brzmi to tak, jakby mówił: gdyby ludzie brali więcej wody z kranu, nie kupowaliby wody w butelkach. Tylko że w naszym przykładzie pracownicy firm od wody butelkowanej jednocześnie siedzą przy zaworach wodociągów.

Problemem nie jest sama prywatność usługi. Problemem jest sprzężenie interesów, które sprawia, że niedobór po stronie publicznej może być paliwem popytu po stronie prywatnej. A najważniejszy komponent tego układu, czyli proces osoby ludzkiej i związana z nim własność osobista, jest wykluczony z realnej sprawczości.

Państwo zareagowało zmianą ustawową pozwalającą powiązać dane o wynagrodzeniach medyków z numerem PESEL lub PWZ. Ministerstwo Zdrowia pisało, że AOTMiT nie miała dotąd podstawy prawnej do przetwarzania takich danych identyfikujących, co ograniczało kompletność i precyzję analiz. To krok potrzebny, lecz to nadal jest tylko licznik. Taki wskaźnik nie jest hamulcem, kierownicą ani prawem klienta do wyproszenia nieuczciwego wykonawcy z własnego domu.

Uczciwość każe oddać głos drugiej stronie. Część tej nieprzejrzystości ma korzenie zupełnie niewinne: ochronę danych osobowych, elastyczność kontraktów, dzięki której system w ogóle działa, i realną trudność zmierzenia czegoś tak miękkiego jak zaufanie. Więcej – jawność jest w interesie samych lekarzy, bo uczciwy specjalista zyskuje na tym, że jego nazwisko przestaje ginąć w zbiorczym podejrzeniu wobec całej grupy. Nie chodzi więc o prześwietlenie wroga, lecz o to, żeby wszyscy – płacący, leczeni i leczący – przestali być zakładnikami tego samego problemu.

Dlaczego kontrole są wtórne?

Więcej pieniędzy? Tak, jeżeli chcemy realnej dostępności. Więcej nadzoru? Tak, jeżeli chcemy mniej fikcji. Więcej kontroli? Oczywiście, jeżeli nie chcemy płacić za świadczenia, których nie było. Ale to są środki wtórne – potrzebne, jednak służą przede wszystkim ochronie przed następstwami.

Pierwszym problemem jest skala. W małej społeczności odpowiedzialność jest jeszcze częściowo osobista. Ktoś wie, kto kogo potraktował uczciwie, kto był pijany, kto oszukał, kto pomógł, kto zrobił krzywdę. W wielkim systemie odpowiedzialność zostaje zastąpiona procedurą, grafikiem, formularzem, kwestionariuszem, protokołem i umową. Procedura jest potrzebna, ale procedura nie ma sumienia. Może być korytarzem dla odpowiedzialności albo zasłoną dymną dla jej rozproszenia.

Drugim problemem jest hybryda, którą zbudowaliśmy bez starannego rachunku skutków. Medycy mogą występować jak firmy. Spółki mogą kontraktować usługi. Podwykonawcy mogą wykonywać fragmenty zadań. Fundacje, konsorcja, działalności gospodarcze i spółki z ograniczoną odpowiedzialnością mogą wchodzić w łańcuchy świadczeń. Jednocześnie płatnikiem jest NFZ, czyli przedstawiciel ludzi, którzy nie negocjują osobiście warunków i nie mogą osobiście wybrać wykonawcy w czasie, miejscu i jakości, które odpowiadałyby ich potrzebom.

Trzecim problemem jest szczelność. Prywatne formy prawne istnieją po to, żeby oddzielić majątek, ryzyko, funkcję i odpowiedzialność. To jest normalne w biznesie. Ale gdy kapitał wchodzi w przestrzeń dobra wspólnego, zaczyna rozmywać odpowiedzialność w warstwach: lekarz mówi, że to placówka; placówka, że to kontrakt; kontrakt, że to podwykonawca; podwykonawca, że to dokumentacja; dokumentacja, że wszystko się zgadza; a pacjent, rodzina albo sygnalista zostaje z poczuciem, że widział rzecz oczywistą, której system nie potrafi nazwać.

W dokumentacji normatywnej mojego hobbystycznego przedsięwzięcia polegającego na budowaniu rozproszonej sztucznej inteligencji nazywam to odpowiedzialnością bez rozmywania w procedurze: im więcej warstw, ról i procesów pośredniczy między decyzją a skutkiem, tym łatwiej każdemu uczestnikowi łańcucha powiedzieć „to nie ja”.

W związku z powyższym zastanawiałem się przez moment, czy specjalny „bon zdrowotny” nie poprawiłby sytuacji, ponieważ pieniądze podążałyby za pacjentem. Jednak po namyśle doszedłem do wniosku, że to trochę naiwne uważać, iż wolnorynkowa atrapa rozwiązałaby opisywane tu problemy. Przecież nikt nie pozwoliłby lokalnej przychodni czy szpitalowi upaść, gdy pacjenci nie chcą z nich korzystać, ponieważ to nie szpital ani przychodnia poniosą zdrowotne konsekwencje takiej sytuacji.

Uważam więc, że byłaby to kolejna warstwa z potencjałem ukrywania problemów za kapitałem, czyli forma klientelizmu, która nie potrafi rozliczać rzeczywistego usługodawcy z intencji. W ochronie zdrowia to nie jest abstrakcja. To jest ciało człowieka na SOR-ze, dziecko w kolejce, rodzina przy zwłokach, staruszka z bólem i faktura wystawiona gdzieś po drodze.

Lekarz jest uzbrojony, pacjent jest sam

Lekarz ma za sobą instytucję, izbę, wiedzę, dokumentację, język ekspercki, środowisko, czasem spółkę, czasem kontrakt, a czasem nawet polityczne kontakty. Ma też często możliwość odejścia do innej placówki. Pacjent ma ból, lęk, numer w kolejce i formularz skargi.

Oczywiście lekarz też bywa ofiarą systemu: przepracowania, złej organizacji, długich dyżurów, przemocy menedżerskiej, niedoborów kadrowych, chorych wycen i odrealnionej polityki. Nie trzeba udawać, że lekarze są kastą złoczyńców. Ale zawód zaufania publicznego ma asymetryczną odpowiedzialność właśnie dlatego, że ma asymetryczną władzę. Im większa władza nad cudzym ciałem, dokumentacją, czasem, cierpieniem i śmiercią, tym większa odpowiedzialność i surowsza konsekwencja nadużycia.

Dziś tej przeciwwagi nie ma. Są izby lekarskie, sądy, jest prokuratura, jest Rzecznik Praw Pacjenta, NFZ, no i są kontrole. Każdy z tych elementów jest potrzebny, jednak żaden nie jest głosem klientów publicznego systemu. Klientów, którzy mogliby powiedzieć prostym językiem: nie ufamy już tej osobie, tej spółce, tej placówce, temu modelowi działania, a więc nie chcemy finansować tego ze wspólnej kasy. Nie chcemy czekać na wyrok karny, żeby zdecydować, komu powierzamy publiczną usługę.

Nie chodzi o samosąd ani o zemstę, lecz o zwykłą sprawczość – tę, która wspólnocie płacących i leczonych po prostu się należy.

Izba fryzjerska i publiczne pieniądze

Wyobraźmy sobie zwykłą sytuację. Idziemy do fryzjera w sieci salonów. Usługa nam nie odpowiada. Fryzjer źle nas ostrzygł, był nieuważny, oszukał na cenie, pracował zbyt długo i popełnił błąd, albo po prostu potraktował nas jak przeszkodę między nim a końcem zmiany. Możemy wyjść i więcej nie wrócić. Możemy powiedzieć rodzinie i znajomym, że nie polecamy. Możemy wystawić opinię i ostrzec innych.

Czy wtedy jakaś izba fryzjerska podnosi larum, że tylko ona ma odpowiednią wiedzę, aby ocenić jakość strzyżenia? Nie. Ekspert może oceniać technikę cięcia, ale klient może ocenić relację, zaufanie, uczciwość, komfort, bezpieczeństwo i własną gotowość do ponownego skorzystania z usługi. Nie musi tłumaczyć się przed korporacją zawodową z tego, że nie chce komuś płacić drugi raz.

W publicznej ochronie zdrowia powinno być podobnie, tylko mocniej. Bo tu nie chodzi o fryzurę, lecz o zdrowie, życie, godność i ciało. Jeżeli społeczność komuś nie ufa, ta osoba nie musi być przez społeczność opłacana. Może pracować prywatnie, o ile ma prawo wykonywania zawodu i nie narusza innych przepisów.

Dostęp do publicznych pieniędzy jest kontraktem z nami.

Rady Pacjentów

Wczoraj wieczorem przyszedł mi do głowy pomysł, który mógłby poprawić problem asymetrii: Rady Pacjentów – powiatowe i wojewódzkie. Nie jako kolejny urząd, lecz jako brakująca warstwa reprezentacji klienta.

Potrzebujemy nie Izby Pacjentów, bo pacjenci nie są korporacją zawodową, ani nie Komisji Pacjentów, bo komisje zwykle zajmują się pisaniem protokołów. Potrzebujemy demokratycznie wyłanianych organów reprezentujących klientów publicznej ochrony zdrowia, które mogą zobowiązać NFZ do odmowy finansowania ludzi i podmiotów, którym wspólnota przestała ufać.

Rada Pacjentów nie miałaby rozstrzygać, czy dany szew został wykonany idealnie, czy wybrano najlepszą metodę operacji, albo czy decyzja kliniczna była optymalna w danej minucie. Od tego są eksperci, biegli, audyty medyczne, izby, sądy i postępowania dyscyplinarne. Rada miałaby rozstrzygać coś innego: czy dana osoba, spółka, placówka albo łańcuch podwykonawców zachował minimalne warunki zaufania potrzebne do korzystania z publicznych pieniędzy.

W praktyce Rada mogłaby:

  1. rozpatrywać przypadki nadużyć w publicznej ochronie zdrowia: fikcyjne dyżury, nieuczciwe rozliczenia, manipulowanie kolejką, konflikty interesów, zastraszanie sygnalistów, naruszanie godności pacjentów;

  2. żądać od NFZ i placówek dokumentów koniecznych do oceny sprawy, z ochroną danych medycznych i anonimizacją tam, gdzie to konieczne;

  3. prowadzić jawne wysłuchania, chyba że dobro pacjenta wymaga utajnienia części materiału;

  4. wydawać wiążące dla NFZ decyzje o czasowym albo trwałym zakazie kontraktowania usług związanych z osobą lub podmiotem;

  5. obejmować zakazem także obejścia pośrednie: spółki, fundacje, działalności, konsorcja i podwykonawców, czyli wszystkie te eleganckie rękawiczki, przez które można próbować dotykać publicznych pieniędzy.

Dziś takiego zdania nie ma kto wypowiedzieć. Brakuje głosu, który mógłby brzmieć mniej więcej tak:

My, klienci publicznego systemu opieki zdrowotnej,
decyzją demokratycznie wybranej Rady Pacjentów,
zobowiązujemy NFZ do wstrzymania finansowania usług powiązanych
z wskazaną osobą przez okres pięciu lat.

To byłby prawdziwy głos klienta. Nie komentarz w serwisie X czy na Wykopie. Nie prywatna zemsta ani ludowy sąd. Instytucjonalny, jawny, proceduralny głos wspólnoty użytkowników systemu.

Warunki brzegowe

Oczywiście opisany wyżej mechanizm sam może stać się narzędziem nadużyć. Warto więc od razu nazwać warunki brzegowe.

Po pierwsze Rady Pacjentów muszą mieć zewnętrzność wobec lokalnych układów. Im mniejsza społeczność, tym większe ryzyko powiązań osobistych i odwetu. Dlatego w sprawach lokalnie gorących skład orzekający powinien być mieszany: część lokalna, część losowana z innych powiatów lub województw. To prosty sposób na zmniejszenie duszności małego układu.

Po drugie decyzja musi mieć uzasadnienie i ślad dowodowy. Nie wystarczy „nie lubimy doktora”. Trzeba pokazać wzorzec: fikcyjna obecność, nieuczciwa dokumentacja, potwierdzone łamanie kolejek, konflikty interesów, nadużycie przewagi, krzywda sygnalisty, upokarzanie pacjentów, odmowa współpracy z audytem.

Po trzecie potrzebna jest procedura odwoławcza. Najpierw zabezpieczenie publicznego interesu, potem szybkie odwołanie do rady wyższego szczebla albo sądu administracyjnego. W rolach zaufania publicznego próg uruchomienia zabezpieczeń powinien być niższy niż próg ostatecznego potępienia. To normalne: gdy pilot samolotu budzi poważne wątpliwości, nie czekamy na katastrofę, żeby odsunąć go od sterów.

Po czwarte, trzeba odróżnić zakaz finansowania publicznego od odebrania prawa wykonywania zawodu. Rada Pacjentów nie musi odbierać PWZ. Ona może powiedzieć: w naszym publicznym systemie nie płacimy tej osobie. To jest inna sankcja, bardziej podobna do decyzji klienta o zakończeniu współpracy niż do wyroku karnego.

Po piąte, wszystkie konflikty interesów członków Rad muszą być jawne. Jeżeli ktoś zasiada w Radzie i ma rodzinę w szpitalu, kontrakt z placówką, relację z izbą albo udział w spółce medycznej, to nie znaczy automatycznie, że jest winny czegokolwiek. Znaczy, że informacja musi być publiczna, a w części spraw taka osoba nie powinna głosować lub ponosi surowe konsekwencje karne.

Filary naprawy

Rady Pacjentów są filarem sprawczości, ale nie jedynym elementem, który mógłby pomóc. Minimalny pakiet naprawczy to między innymi:

  • jawny rejestr łącznych wypłat ze środków publicznych po numerze PWZ, z sumowaniem po osobie, a nie po umowie;
  • jawny rejestr konfliktów interesów: prywatne gabinety, spółki, podwykonawcy, funkcje kierownicze, powiązania rodzinne tam, gdzie wchodzą w kontraktowanie;
  • obowiązkowe raportowanie realnego czasu pracy i obecności, z wykrywaniem nakładania się dyżurów;
  • ochrona sygnalistów jako infrastruktura;
  • jawność postępowań dyscyplinarnych jako zasada, z wyjątkami dla ochrony pacjenta;
  • zakaz finansowania publicznego przez łańcuchy pośrednie wobec osób i podmiotów wykluczonych;
  • pieniądz podążający za pacjentem tam, gdzie jest to bezpieczne i sensowne;
  • możliwość rejestracji wybranych punktów styku administracyjno-usługowego, za zgodą pacjenta i z ochroną danych, tak jak w innych zawodach wysokiego ryzyka rejestruje się przebieg interwencji.

Nie wystarczy lepsze dzielenie pieniędzy, bo problemem bywa oszukiwanie i zatajanie. Procedura nie ma mocy powstrzymywania złodzieja, jeżeli złodziej umie ją wypełnić. Potrzebujemy więc nie tylko procedur, ale również żywej odpowiedzialności, reputacji, jawności i prawa wspólnoty do cofnięcia zaufania.

Szerszy kontekst może obejmować także demokratyzację funkcji sądowniczych i prokuratorskich w sprawach lokalnych, udział ławników oraz zewnętrzność postępowań wobec zawodów zaufania publicznego. To jednak temat na osobny tekst. Tu wystarczy powiedzieć jedno: publiczne zaufanie bez publicznej kontroli jest pustym frazesem legitymizującym nadużycia.

Odzyskać sprawczość

Błędna odpowiedź na obecny kryzys brzmi: „trzeba uszczelnić system”. Oczywiście, trzeba. Ale uszczelnianie jest językiem hydraulika, a nie językiem obywatela. Druga odpowiedź brzmi: „trzeba zwiększyć finansowanie”. Być może. Jednak więcej wody w dziurawym obiegu nie przywraca jeszcze klientowi prawa głosu. Trzecia odpowiedź brzmi: „trzeba więcej kontroli”. Tak, lecz kontrola bez reprezentacji pacjentów tylko przesuwa władzę z jednego biurka do drugiego.

Pytanie nie brzmi więc tylko: kto dorzuci pieniądze? Ważniejsze jest to, kto zagwarantuje dostęp, audyt wydatkowania, jawność konfliktów interesów i koniec pasożytowania prywatnych ścieżek na publicznym systemie.

Nie chcę ochrony zdrowia, w której pacjent jest surowcem przepływającym między placówką, kontraktem, spółką, formularzem i prywatnym gabinetem. Nie chcę ochrony zdrowia, w której lekarz uczciwy musi pracować wśród cwaniaków, a potem tłumaczyć się za całą grupę. Nie chcę systemu, w którym rodzina zmarłego trafia do podziemia szpitala i spotyka człowieka z nieformalnym cennikiem. W końcu nie chcę opieki zdrowotnej, w której państwo po latach odkrywa, że przydałoby się sprawdzać, czy jeden człowiek nie pracuje w kilku miejscach naraz.

Potrzebujemy systemu, w którym publiczny pieniądz ma publiczny ślad, publiczna rola ma publiczną odpowiedzialność, a publiczny klient ma publiczny wpływ.

Nie jesteśmy petentami. Jesteśmy klientami systemu, który sami finansujemy – a klientem jest tu również uczciwy lekarz, który nie chce firmować cudzych nadużyć. I taki klient, nawet gdy korzysta z usługi wspólnej, ma prawo powiedzieć: temu układowi już nie ufamy.

Zobacz także:

Jesteś w sekcji TXT
Tematyka:

Taksonomie: