Wszyscy jesteśmy anonimowi

ACTA i kryzys własności intelektualnej

Grafika

Spór o ACTA pokazał, że Internet może być katalizatorem zmian w „analogowym” świecie. Do działań podobno dołączyli się cyberprzestępcy występujący pod szyldem Anonimowi (ang. Anonymous). Czy to chwilowa anomalia systemu, czy może mamy do czynienia ze zmianami w procesach debaty publicznej i stanowienia prawa, które będą reakcją na potrzeby obywateli?

Znalezienie aktywisty ruchu Anonymous jest o tyle trudne, że każdy może powiedzieć, iż nim jest. Co ważne, ktoś taki będzie miał rację – oczywiście pod warunkiem, że reprezentuje pewne ideały Anonimowych (np. w zakresie wolności obywatelskich i prawa do przetwarzania oraz rozpowszechniania informacji). W praktyce jednak nie istnieje byt materialny, nawet kolektywny, którego można byłoby nazwać Anonymous – po pierwsze dlatego, że anonimowym się bywa, a nie jest nim wiecznie, a po drugie jest to raczej rola społeczna niż wyraźnie określona grupa.

Anonymous, nazwa anonimowego ruchu, inspirowana jest właśnie tym, że tworzą go nieznani, zmieniający się ludzie, których łączą nie wspólni zwierzchnicy, lecz przesłanie i spontanicznie powstające działania. Ciężko więc nazwać ich grupą w sensie organizacyjnym czy terytorialnym. Odszukanie kogoś przynależącego jest bardzo łatwe i bardzo trudne zarazem. Wystarczy wspólnota wystarczająco bystrych znajomych, czy nawet jedna osoba, która potrafi podjętym działaniem zwrócić uwagę mediów, podpisując się jako Anonymous.

Anonimowi to my

Tak naprawdę historia Anonymous, to historia każdego z nas – w chwilach, w których nikt nie obserwuje, nie zagląda przez ramię. Można powiedzieć, że powstanie Anonimowych to spontaniczna reakcja na postępującą globalizację władzy i kapitału. Coraz częściej spotykamy się z anonimowo zarządzanymi bytami gospodarczymi (spółki akcyjne i międzynarodowe korporacje), dostajemy urzędowe postanowienia anonimowego autorstwa (choć podpisane i opieczętowane pseudonimami posłańców tzw. dobra publicznego), w końcu przychodzi nam przyjmować obowiązki od dalece nieznanych, prawie anonimowych, decydentów z Brukseli a czasem z Waszyngtonu – gdy w naszym imieniu podpisywane są traktaty i porozumienia. W takim rozumieniu anonimowości chodzi nie o osobistą bezimienność, lecz o zwierzchnicze encje, państwowe lub prywatne, z którymi nie mamy bezpośredniego kontaktu, lecz jakość naszego życia zależy od ich działania i stosunku do nas – statystycznych jednostek. Wykształcenie się ponadpaństwowych ruchów obywatelskich było więc tylko kwestią czasu, bo każdy połączony system dąży do równowagi.

Posługiwanie się przez obywateli pseudonimami czy anonimami w kontakcie ze sobą czy z instytucjami przedstawia się czasem w negatywnym świetle. Najczęściej pada zarzut, że ludzie tacy zapewne mają coś do ukrycia, więc pewnie zrobili (lub chcą zrobić) coś złego. Pomijając oczywisty błąd tej implikacji (można przecież mieć coś do ukrycia ze społecznie pożytecznych lub osobistych powodów) warto pamiętać, że anonimowość – czyli niemożność powiązania działań, cech i twórczości danej osoby z jej tożsamością – jest praktycznym środkiem zabezpieczającym wolność człowieka. W skład tej ostatniej wchodzi między innymi prawo do nieskrępowanego wyrażania własnych poglądów (tzw. wolność słowa) i prywatność (wolność decydowania o tym, komu dać dostęp do informacji o sobie).

Źródłem prawa do wolności jest ludzka godność (dignitas hominis) – jedyna zdefiniowana w konstytucji wartość, która nie może być nigdy ograniczona przez ustawodawcę i jedna z klauzul generalnych stanowiących podstawę interpretacyjną całego systemu prawnego.

Balans i centralizacja

Może jest więc tak, że radykalne działania Anonimowych są po prostu odpowiedzią na radykalne działania globalnych aparatów wpływu, z którymi jednostce bardzo trudno się porozumieć, nie mówiąc już o jakimkolwiek oddziaływaniu? Jest to w istocie pytanie o skuteczność demokracji niebezpośredniej w odniesieniu do ogólnoświatowego procesu stanowienia i egzekwowania prawa.

Poczucie bezradności (czy raczej nieskuteczności) świadomego globalnych procesów obywatela w obliczu dalekich bytów rządzących codziennością wynika z zachwianej równowagi na liniach jednostka-władza i jednostka-korporacja. W dobie centralizacji przywództwa, powszechnej cyfryzacji i błyskawicznej wymiany danych, bardzo łatwo jest mieć wpływ na lokalne sprawy nawet nie odwiedzając danego regionu. Można też profilaktycznie gromadzić informacje o każdym obywatelu czy o każdym pracowniku, aby w razie potrzeby z nich skorzystać.

Konsekwencją takiego zdigitalizowania społeczeństw jest w pewnego rodzaju uprzedmiotowienie ludzi względem siebie, włączając w to zwiększony poziom zawodowej psychopatyzacji władzy. Na poziomie praktycznym pojawiają się też nieznane dotąd zagrożenia prywatności i wolności. Przeciętnej jednostce, w przeciwieństwie do władzy (zarówno państwowej jak i korporacyjnej) trudno o dostęp do narzędzi pozyskiwania i przetwarzania informacji na temat wszystkich innych. W tym względzie jest ona na straconej pozycji, ponieważ nie ma środków do archiwizowania i korelowania tak wielkich ilości danych, a dostęp do tych już zebranych jest dla niej mocno ograniczony. Wyjątkiem są oczywiście jednostki uprzywilejowane, których akurat w Polsce jest całkiem pokaźna liczba. W roku 2010 co trzydziesty Polak był inwigilowany – takie wnioski znajdziemy w raporcie Naczelnej Rady Adwokackiej z ubiegłego roku.

Mówi się wiele o transparentnym społeczeństwie, lecz w praktyce okazuje się, że jest to transparentność jednostronna (obywateli względem dużych instytucji), a nie wzajemna. Nierówność ta skutkuje tworzeniem oddolnych ruchów społecznych oraz serwisów obywatelskich (takich jak np. WikiLeaks), które wypełniają próżnię.

Hakerzy

W medialnych relacjach związanych z ostatnimi atakami na rządową infrastrukturę teleinformatyczną, słyszy się o działaniach hakerów. Czy można o nich powiedzieć, że to społecznie lub politycznie zaangażowanymi przestępcy?

Haker (ang. hacker) pierwotnie oznacza osobę, która doskonale opanowała twórcze rzemiosło opierające się na korzystaniu z jakiegoś medium. Pojęcie to narodziło się w latach 60 na amerykańskich uczelniach technicznych i pochodzi od słowa hack, które można w wolny sposób przetłumaczyć jako odkrywczy i nieszkodliwy psikus. Spragnieni rozrywki intelektualiści o twórczym usposobieniu bawili się w ten sposób, na przykład zmieniając zachowanie windy przez podmianę funkcji przycisków oznaczających piętra, albo konstruując urządzenia otwierające drzwi uczelnianego laboratorium, aby dało się posiedzieć przy komputerach poza oficjalnymi godzinami otwarcia. Po jakimś czasie hakerami zaczęto nazywać programistów, którzy byli błyskotliwi i oddani swojej pracy, a także skłonni do dzielenia się wiedzą z innymi.

W ten sposób powstała społeczność hakerów, czyli ludzi o wysokich umiejętnościach w obsłudze wybranego medium, dla których celem jest wymiana doświadczeń i ciągłe podnoszenie kompetencji. Według Manuela Castellsa, autora trzytomowej pozycji „The Age of Information”, najważniejszą wartością dla hakerów jest wolność: wolność tworzenia, wolność dostępu do informacji i wolność dzielenia się wiedzą. W skrócie można powiedzieć, że hakerzy wierzą w wolność i we wzajemną pomoc. Antropologia kulturowa nazywa ten typ społeczności kulturą darów – szacunek i pozycję społeczną zyskuje się nie przez panowanie nad innymi, lecz przez dobrowolną wymianę wartościowych dóbr, aby wzmacniać dobrobyt społeczności jako całości.

W przypadku społeczeństw informacyjnych – w których wiedza jest jednym z najważniejszych dóbr – wspólnoty darów mają szansę na ponowny rozkwit, ponieważ informacja może być wiele razy kopiowana i dystrybuowana w sposób bezstratny. Pierwszą większą i współczesną społecznością tego typu był istniejący do dziś ruch Wolnego Oprogramowania.

Ze względu na specyfikę mediów i zapotrzebowanie na coraz bardziej krzykliwe tytuły materiałów do prasy, radia i telewizji zaczęły przedostawać się przede wszystkim informacje o hakerach zajmujących się bezpieczeństwem – zwykle przy okazji jakichś incydentów związanych z przełamaniem zabezpieczeń ważnych instytucji. W ten sposób wizerunek hakera został poważnie zniekształcony, a z czasem zaczęto tym mianem określać każdego, kto dokonuje niedozwolonych działań w Internecie. Bywa to mylące, bo na przykład nie potrzeba większych umiejętności, aby wspólnie z innymi zablokować działanie serwisu internetowego, tak jak miało to miejsce podczas ataków wymierzonych w rządowe strony WWW. Mówienie o tym, że ataków DDoS (rozproszonych blokad dostępności usług) dokonali hakerzy, jest analogiczne do określania mianem inżyniera kogoś, kto potrafi zepsuć samochód wsypując do zbiornika z paliwem trochę cukru. Oczywiście, niektóre ataki wymagają wiedzy i umiejętności – np. te, w których trzeba obejść zabezpieczenia, znajdując nieznane wcześniej luki w oprogramowaniu – jednak warto zawsze brać poprawkę na zniekształcony medialny obraz tak zwanego hakera.

Richard M. Stallman (RMS) to amerykański haker i programista, który w napisanym przez siebie „Manifeście GNU” poruszył problem kłopotów licencyjnych, jeśli chodzi o dzielenie się wiedzą dotyczącą programowania komputerów. Zaczęło się od tego, że jeszcze jako pracownik Laboratorium Sztucznej Inteligencji w MIT, chciał poprawić program obsługujący drukarkę zainstalowaną w instytucie. Oryginalny nie działał zbyt dobrze, a dla młodego programisty było to intelektualne wyzwanie uzasadniane chęcią niesienia innym pomocy.

Aby zrozumieć dlaczego się zmartwił, warto poznać dwa proste terminy: programkod źródłowy programu. Ten pierwszy znają wszyscy korzystający z komputerów – to po prostu zbiór instrukcji wykonywanych przez komputer, który pomaga człowiekowi w żmudnych zadaniach, np. w retuszu zdjęć, edycji tekstów, drukowaniu, itp. Kod źródłowy to z kolei postać takiego programu, nad którą pracuje programista. Komputer nie „rozumie” kodu źródłowego, dlatego poddaje się go odpowiedniemu procesowi (tzw. kompilacji) i tłumaczy do formy gotowej do uruchomienia (programu).

Kod źródłowy jest jak przepis kucharski, opisujący sposób przyrządzenia potrawy, a powstały z niego program przypomina gotowe danie już po ugotowaniu czy upieczeniu. Bardzo trudno byłoby poznać sposób przygotowywania czy ulepszyć recepturę potrawy, mając przed sobą potrawę na talerzu. Żeby coś zmienić potrzebny jest przepis, którym dodatkowo można podzielić się z rodziną czy przyjaciółmi. Analogicznie bardzo trudno jest zmienić coś w programie komputerowym, gdy nie ma się dostępu do jego źródłowej postaci.

Wyobraź sobie świat, w którym
nie możesz podzielić się przepisem,
a jeśli to zrobisz, nazwą cię piratem
i wtrącą do więzienia
– Richard M. Stallman (w „The Code”, 2001)

Stallmanowi, który chciał poprawić obsługę drukarki, producent jej oprogramowania odmówił dostępu właśnie do kodu źródłowego. Nie mógł on więc zmienić błędnego działanie programu. Wiedzą i kodem nie chcieli się z nim dzielić nawet zaznajomieni z tematem programiści, ponieważ podpisali z producentem odpowiednie umowy o nieujawnianiu. Rozczarowany haker zauważył, że idąc tą drogą, doprowadzimy do zablokowania innowacji w świecie komputerów, a pomaganie innym stanie się bardzo utrudnione – zarówno dla programistów, jak i dla użytkowników. Wizja świata, w którym pogłębianie wiedzy zależy wyłącznie od majętności, była dla niego druzgocąca i postanowił to zmienić.

Tak w roku 1984 narodził się Projekt GNU. Rok później stworzono Free Software Foundation, która do tej pory sprawuje pieczę nad GNU i innymi przedsięwzięciami tak zwanego wolnego oprogramowania. Dzięki pracy projektu udało się stworzyć komputerowy system operacyjny GNU (skr. GNU is Not Unix), którego każdy może używać, dystrybuować i ulepszać.

W roku 1991 wspomnianemu systemowi brakowało jeszcze działającej części pozwalającej na komunikację aplikacji ze sprzętem – tzw. jądra systemu – jednak z pomocą przyszedł tu fiński student i haker Linus Torvalds. W ramach studiów stworzył brakujący komponent, a ponieważ sam korzystał z wolnego oprogramowania, więc postanowił oddać coś społeczności i na tych samych warunkach upublicznił własne dzieło. Dzięki temu do pracy włączyło się bardzo wielu pasjonatów, a w niedługim czasie użytkownicy dostali do rąk kompletny i działający system operacyjny GNU/Linux (system GNU z jądrem Linux), którego powszechnie określa się mianem Linux.

Wolna kultura

W 2001 roku idee zaproponowane przez Stallmana postanowiono rozciągnąć na obszar całej kultury niematerialnej i dzięki pracy prawnika Lawrence’a Lessiga sformalizowano postulaty tak zwanego ruchu Wolnej Kultury. W jego ramach zaczęto konstruować wolne licencje, czyli umowne zasady korzystania z utworów, których celem nie jest ograniczenie odbiorcy, lecz danie mu praw do rozpowszechniania i modyfikowania dzieł.

Dziś możemy publikować na jednej z popularnych, wolnościowych licencji (np. Creative Commons) i dzielić się twórczością z innymi. Ci ostatni mogą użytkować, dystrybuować, a czasem nawet zmieniać tak wydane materiały, bez obaw o ewentualne roszczenia twórcy czy jego prawowitych reprezentantów.

Podstawowy warunek – zarówno jeśli chodzi o zasady wolnego oprogramowania, jak i wolnej kultury – był na początku jeden: tak licencjonowany utwór lub program musiał być rozpowszechniany na identycznej licencji, aby każdy kto z niego korzysta, również był zobligowany do podzielenia się z innymi. Nazywane jest to wirusowym aspektem licencji i bywało przyczyną sporów dotyczących tego, czy nie jest to jednak ograniczanie wolności. Z tego też powodu stworzono dodatkowe warianty wzorcowych umów, które pozwalają włączać objęte nimi dzieło do innego zbioru bez informowania o autorze i bez konieczności wydawania utworu zależnego na tych samych warunkach.

Komunizm?

Niektórzy stawiają tezę, że działania ruchów Wolnego Oprogramowania i Wolnej Kultury, są przejawem komunistycznej postawy. Na pierwszy rzut oka mamy tam przecież do czynienia ze zbiorową odpowiedzialnością i wspólną własnością, czy raczej ze współdzielonymi dobrami niematerialnymi.

Podejście takie jest mylne o tyle, że w komunizmie ludzie są zmuszani do dzielenia się z innymi nawet wtedy, gdy sami nie czują, że mają w nadmiarze. Prowadzi to po jakimś czasie do demoralizacji i poszukiwania sposobów na to, aby to ktoś inny pracował na wspólne dobro. Te patologiczne zjawiska tolerujący je tłumaczą czasem sloganem „gdy ktoś daje, to trzeba brać”. Brakuje tylko refleksji, że owym dawcą może być ktoś, kto naprawdę potrzebuje pomocy, a mimo to zmuszany jest do pomagania zamożniejszym od siebie.

W prawdziwie wolnościowym modelu dzielenia się twórczością, jaki spotykamy w wolnym oprogramowaniu czy w wolnej kulturze, można raczej mówić o komunitarianizmie, czyli udzielaniu czegoś innym z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie stoi to w żaden sposób w sprzeczności z prawem twórcy do wynagrodzenia, czy do ochrony dzieła, jeśli taka jest wola autora. To po prostu alternatywa dla twórczości traktowanej jako praca zarobkowa. Twórcy Wolnego Oprogramowania czy Wolnej Kultury mogą potępiać etyczną stronę blokowania komunikacji społecznej przez ograniczanie możliwości rozpowszechniania wiedzy, jednak nie postulują przymusu dzielenia się, pozostawiając tę kwestię każdemu do osobistego rozstrzygnięcia.

Ciekawym zjawiskiem, pozwalającym stworzyć dodatkowy punkt odniesienia do tego rodzaju twórczości, są rozmaite projekty dotowane z funduszy pochodzących z naszych podatków lub z unijnych dotacji. Jeśli przy okazji opłacanego ze wspólnych pieniędzy projektu powstanie dzieło, to czy nie powinno ono wrócić do domeny publicznej? Byłoby miłym ukłonem w stronę fundatora, czyli społeczeństwa, gdyby mogło ono ponownie użytkować wytworzone dzieła, zmieniać ich formę i tworzyć utwory zależne wedle uznania – oczywiście z uznaniem oryginalnego autorstwa. Praktyka projektów Wolnego Oprogramowania i Wolnej Kultury pokazuje, że da się to zrobić, i że da się też wprowadzać innowacje, nawet bez otrzymywania pomocy ze strony państwa. Tym łatwiej więc powinno to przychodzić autorom, którzy dostają za to pieniądze. Być może ustawodawca lub zarządzający funduszami powinni rozważyć wprowadzenie obowiązku publikowania na licencjach, które pozwolą każdemu bez wyjątku na powielanie, dystrybuowanie i modyfikowanie prac powstałych przy okazji subwencjonowanych działań?

Każdy jest twórcą

W dzisiejszych czasach każdy może być twórcą – mamy cyfrowe aparaty i kamery, komputery potrafiące przetwarzać ścieżki dźwiękowe i ułatwiające komponowanie muzyki, możliwość błyskawicznego umieszczania utworów na łamach bloga czy serwisu społecznościowego. Nie potrzebujemy pośredników, bo w mgnieniu oka jesteśmy w stanie dzielić się opiniami i twórczością, a nawet na tym zarabiać. Przykładem mogą być wirtualne sklepy muzyczne, mechanizmy wymiany plików, serwisy pozwalające sprzedawać rysunki i zdjęcia, internetowe domy aukcyjne.

Z drugiej strony w Polsce od lat działają organizacje zbiorowego zarządzania dobrami niematerialnymi w sferze filmu i fotografii, muzyki, a nawet słowa drukowanego. Jednak żaden ze znanych mi twórców – choć niektórzy z nich publikują w Sieci naprawdę wiele i wiem, że ich dorobek jest powielany również na papierze i innych nośnikach – nie otrzymuje od odpowiednich instytucji ani grosza (trzeba przyznać, że wyjątkiem jest tu ZAiKS, jeśli ktoś podpisze z nim umowę). A przecież kupując na przykład płytę CD czy drukarkę przeznaczoną do kopiowania (np. w punkcie kserograficznym), nabywca płaci pewnym organizacjom właśnie za to, aby odpowiednią część oddawały autorom. Takie jest przynajmniej szczytne założenie. Problem ten szerzej komentuje na własnym przykładzie haker prawa i aktywista obywatelski Piotr Waglowski, w artykule z serwisu VaGla.pl zatytułowanym „Otrzymałem odpowiedź z KOPIPOL-u”.

Mamy więc pewnego rodzaju kryzys zarządzania prawami autorskimi i innymi dobrami niematerialnymi. Dzięki Internetowi i obecnym w nim usługom powstała zupełnie nowa jakość, która nijak nie przystaje do założeń polegających na tym, że jakaś centralna organizacja będzie nadzorowała wszystkie strumienie informacji w danym medium i zliczała kogo wynagrodzić i jaką kwotą. Temat jest jak najbardziej otwarty i zarówno użytkownicy dóbr kultury, jak i twórcy, mają tu wiele do powiedzenia. Problem polega na tym, że – jak pokazała sprawa negocjacji dotyczących ACTA – nie zaprasza się ich do rozmów, zastępując ich handlarzami twórczością i wspomnianymi organizacjami zbiorowego zarządzania. Również ruchy Wolnej Kultury i Wolnego Oprogramowania nie zostały podczas wspomnianych ustaleń dopuszczone do głosu, a organizacje pozarządowe nie miały prawa wglądu w ich przebieg. A przecież w założeniu konsultacje prowadzone były dla dobra twórców. Dlaczego więc nas tam nie zaproszono?

Prawo nie dla każdego?

Ludzie dostrzegają, jak sądzę,
że czwarta władza nie potrafi
kontrolować pozostałych trzech.
– Piotr VaGla Waglowski

Dzięki Internetowi zwiększa się liczba osób aktywnych kulturowo, to znaczy takich, które czerpią z wielu źródeł, ale również same coś tworzą. Dotyczy to nie tylko sfery sztuki czy nauki, ale również szeroko pojętej polityki. Nie satysfakcjonuje ich bierne uczestnictwo w procesach stanowienia prawa, polegające głównie na odbiorze komunikatów z telewizji i rozmowach przy obiedzie. Chcą uczestniczyć w tym, co się dzieje w sferze kultury czy polityki, lecz nie jako namaszczone przez media gwiazdy studia, nie jako zawodowi posłowie i pracownicy wysokich urzędów, ale jako zaangażowani codzienną pracą specjaliści, którzy dobrze wiedzą co trzeba zrobić, żeby wyeliminować lokalne problemy. Pragną dialogu, który pozwoli im ukształtować prawne zasady relacji z państwem.

Chodzi tu o potrzebę realnego pluralizmu, to znaczy granulacji decyzji – aby na przykład mechanik samochodowy mógł uczestniczyć w opracowywaniu wymogów kanału naprawczego, a miłośnik sportu pomógł wybrać z kim i na jakich warunkach zostaną podpisane umowy dotyczące organizacji mistrzostw świata. Gdyby system ten funkcjonował w taki sposób, to być może prywatna organizacja UEFA nie zostałaby wprost wpisana do polskiej ustawy, a ochrona warszawskiego Stadionu Narodowego nie musiałaby blokować wejścia obywatelom, którzy naruszyli zobowiązania państwa wobec wspomnianego podmiotu i przynieśli aparaty fotograficzne o matrycy większej niż 5 MP. W komentarzu do wydarzenia Waglowski pisze:

To tylko inny obraz tego samego mechanizmu, który pozwala niekontrolowanym przez nikogo pośrednikom ustalać ponad głowami obywateli nowe zasady w społeczeństwie, które ci obywatele niby tworzą.

Piraci z Karaibów

Raporty publikowane przez organizacje zajmujące się ochroną praw autorskich mówią o tym, że większość internautów pobiera z Sieci filmy oraz muzykę bez poszanowania prawa autorskiego. Może więc dyskutowaną kwestią powinno być to, czy nie dostosować prawa do zachowania większości, zamiast to, w jaki sposób kryminalizować zachowania ogółu i skuteczniej egzekwować świadczenia? Oczywiście nie oznacza to zgody na „kradzież”, ale na wypracowanie takich sposobów redystrybucji, które nie byłyby uciążliwe dla odbiorcy, a tym samym konkurencyjne wobec zastanych, a także sprawiedliwe wobec zarówno twórców (nas wszystkich) jak i odbiorców.

To nie informacja jest towarem,
ale dostęp do informacji usługą,
a często prawem.
– Piotr VaGla Waglowski

Kradzież jest przestępstwem, jest też moralnie naganna. Spróbujmy jednak przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach zaczęto używać tego określenia w stosunku do dóbr niematerialnych. „Ukradłeś mój pomysł” – może powiedzieć jeden naukowiec do drugiego, wyrzucając koledze, że podpisuje się pod jego pracą. Jednak czy w świecie idei istnieje zjawisko zaboru? Czy można ukraść myśl? Przecież oryginalny pomysłodawca wciąż rozumie i przechowuje w pamięci to, co stworzył. Tak naprawdę powstała kopia pomysłu, a roszczenia dotyczą raczej potencjalnych nagród za wykorzystanie go w praktyce i są umocowane na wysiłku włożonym w proces twórczy autora.

Gros roszczeń związanych z twórczością to nie tylko sprawy majątkowe, ale również (szczególnie w przypadku twórców niezależnych) kwestia uznania autorstwa, czyli niezbywalnego, osobistego prawa autora do jego dzieła. Praktyka pokazuje, że w tej materii wolne licencje zdają się bardziej dbać o godność twórcy i podkreślać wymóg uznawania jego autorstwa niż inne umowne postanowienia, które skupiają się na przeniesieniu praw majątkowych i gwarantują ochronę przede wszystkim temu, który czerpie z nich korzyści. Czy na przykład uruchamiając popularny odtwarzacz multimedialny, wydany na własnościowej, ograniczającej użytkownika licencji, zobaczymy imiona i nazwiska jego twórców?

Porównanie danych dotyczących autorstwa w okienkach informacyjnych odtwarzaczy Quick­Time Player i VLC

Porównanie danych autorskich w oknach informacyjnych odtwarzaczy Quick­Time Player i VLC

W roku 1967 powołano Światową Organizację Własności Intelektualnej (World Intellectual Property Organization, WIPO), która choć formalnie przynależna ONZ, zajmuje się ochroną interesów posiadaczy praw autorskich, patentów i znaków handlowych. Narodziny tej organizacji, to początki sformułowania własność intelektualna. Określenie to, upowszechnione na początku lat 90, dzięki znaczeniu pierwszego członu, skłania odbiorcę do myślenia o wspomnianych ideach, jak o fizycznych obiektach, takich jak telefon, samochód czy płyta CD. Łatwo więc na zasadzie analogii mówić potem o kradzieży utworu czy pomysłu, gdy naprawdę został on skopiowany, a oryginał wciąż istnieje.

Pierwotnie prawo autorskie powstało po to, aby wspomagać rozwój pisarstwa oraz sztuki. Celem prawa patentowego było zachęcanie wynalazców do dzielenia się z innymi ideami, w zamian za pewien okres ochronny, podczas którego nikomu, bez zgody autora, nie wolno skorzystać na wynalazku. Z kolei prawa chroniące znaki handlowe stworzono po to, aby konsumenci nie byli wprowadzani w błąd odnośnie nabywanych przedmiotów. Z biegiem lat, gdy poszczególne dziedziny twórczości stawały się coraz bardziej poddane handlowi, zaczęto korzystać z wymienionych praw w celu ochrony biznesów, zamiast w celu bezpośredniej ochrony twórców i wspomagania rozwoju społeczeństwa jako całości. Dziś, kiedy każdy może być twórcą i aktywnym odbiorcą kultury, widać to wyraźnie, gdy tylko czynione są ustalenia odnośnie tych środków ochrony – do dyskusji nie zaprasza się wszystkich, ale wybrane korporacje rzekomo reprezentujące wszystkich twórców, nawet jeśli większość z nich nigdy do nich nie przynależała.

Być może ostatnio obserwowane posunięcia tzw. dużych graczy (ściganie ludzi za kopiowanie, organizowanie sprawiających wrażenie neutralnych kampanii informacyjnych w mediach) to ich reakcja na to, że społeczeństwo informacyjne coraz wyraźniej chce powrotu do pierwotnych założeń związanych z prawem autorskim, prawem patentowym czy prawami chroniącymi znaki towarowe? Taki powrót mógłby oznaczać, że organizacje pośredników i przedstawicieli nie są nam potrzebne. Przecież celem tworzenia prawa powinna być przede wszystkim służba konsumentowi – temu, który czyta, który kupuje codziennie różne produkty i który ogląda filmy czy słucha muzyki. To konsument kształtuje rynek i gdy on stanie się niezadowolony, to i rynek nie będzie miał się najlepiej. Już teraz wytwórnie stają często przed dylematem, czy zgłaszać naruszenia praw autorskich w popularnych serwisach internetowych do dzielenia się twórczością, ponieważ zbyt intensywne działania ochronne sprawić mogą, że popularność wykonawcy spadnie, jeśli przestanie on być widoczny w Sieci.

Warto przy okazji zauważyć, że istnieją ludzie skłonni płacić za wybrane utwory, jednak nie chcą czekać, aż działająca opieszale sieć dystrybucyjna je dostarczy. Takie stanowisko prezentują na przykład fani zagranicznych seriali telewizyjnych, którzy narzekają, że daty ukazywania się odcinków w Polsce oddalone są czasem o kilka miesięcy lub lat w stosunku do emisji w kraju producenta. Nie chcąc czekać, pobierają więc produkcje z sieci wymiany plików. Czy ktoś niecierpliwy, kto pobrał odcinek serialu, ale nie mógł za niego zapłacić, nawet jeśli chciał, jest więc piratem? To kolejne określenie ukute przez media i organizacje skupiające handlarzy twórczością, które przyprawia „gębę” ludziom pobierającym z Internetu dobra kultury, nawet wtedy, gdy czynią to w ramach dozwolonego użytku osobistego, na przykład pożyczając cyfrowy egzemplarz od przyjaciela. Warto pamiętać, że dopóki nie napadamy na statki wraz z wesołą brygadą lwów morskich, z pewnością nie jesteśmy piratami.

Tylko ACTA?

Ostatnie zdarzenia na ulicach większych miast i w Sieci pokazują, że do głosu zaczynają dochodzić pokolenia niedotknięte wyuczoną bezradnością. Zwykle są to młodzi ludzie, którzy niewiele mają do stracenia („pokolenie 1500 brutto”), a wiedzę o świecie czerpią z mnóstwa różnych źródeł. Obserwują działania władzy i widzą, że cele deklarowane nie pokrywają się z celami rzeczywiście osiąganymi. Chcą więc naprawić źle, w ich przekonaniu, funkcjonujący mechanizm, wykorzystując dostępne metody działania. Nie potrzebują w tym celu katalizatorów w postaci gwiazd telewizji, ponieważ sami mogą się ogłaszać i organizować, używając Internetu. W globalnej sieci jest też miejsce na dyskusje, czyli na interakcje, których brakuje jednokierunkowym kanałom komunikacji, takim jak prasa, radio czy telewizja.

Protesty związane z ACTA to tylko pierwsza jaskółka, która zawiadamia o tym, w jakim kierunku idą zmiany i z jakimi ludźmi będzie trzeba prowadzić dialog. Znajdziemy wśród nich zarówno tzw. Oburzonych (postulujących równość świadczeń socjalnych i zwiększenie podatków najbogatszym), jak i obywateli o minarchistycznych czy anarchokapitalistycznych przekonaniach (których celem jest polepszenie warunków przez wyeliminowanie nadmiarowych punktów decyzyjnych w państwie, czyli likwidację większości urzędów). Można znaleźć jednak kilka wspólnych cech wśród przedstawicieli dochodzących do głosu pokoleń – są to odwaga i wzrastająca niecierpliwość.

Literatura przedmiotu

Jesteś w sekcji

comments powered by Disqus